Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Takie akcje powinny być nagradzane gromkimi oklaskami. Po pierwsze za to, że "Right Now" to klasowy banger z angielskim sznytem (pewnie już niedługo zadomowi się w każdej radiostacji puszczającej dens), a po drugie za to, że bonifikata w postaci braci Lawrence z Disclosure (których J. Blige spotkała już przy współpracy nad remiksem "F For You") pokazuje, że artystka ma oczy i uszy otwarte na to, co dzieje się we współczesnym dance-popie. I choć wolę hajlajty z Settle, to i tak zapowiedź The London Sessions zbiera ode mnie zasłużone propsy. -T.Skowyra
"Stay With Me"? Łzawa balladka, nie czaję takiej emocjonalności. Esencjonalne, beztreściowe zło, którego nie chcę w radiu i liść na odmułkę dla tego wyjca. Nie ma tego w moim świecie. O, czekajcie, FKA twigs zagrała wersję dla BBC... Wysublimowane piękno. -K. Michalak
Czy ci goście powinni jeszcze kogokolwiek obchodzić? Sięgnąłem po płytę, być może mając w pamięci dobre wrażenie, jakie wywarł na mnie zeszłoroczny singiel (ten zdążył kompletnie wyparować mi z głowy) i okazuje się, że na piętnastolecie kariera Brytyjczyków niejako zatacza koło. Junto najbliżej do ujęcia taneczności z początków twórczości Buxtona i Ratcliffe’a. Widać, że duet bacznie przygląda się młodym rodakom i próbuje nadążać. Niestety mocno konkurencyjnych produkcji jest tu ledwie kilka. Do tych można zaliczyć "Unicorn”, "Never Say Never”, czy "Buffalo”. Ludyczności raczej podziękowano, tej jednak udaje się czasem zdominować parkiet i zdarza popsuć zabawę. Na szczęście dotyczy to głównie albumowych średniaków. Sporo tu natomiast ducha najntisów, trochę dziadowania (intro, "Mermaid Of Salinas”), a bliżej końca potrafi też wkraść się nuda. Jednak przynajmniej połowa tracklisty jest warta zachodu, więc klepnąć panów po plecach nie zaszkodzi. -K.Pytel
Krótka piłka, to i krótki kawałek, za to z zadatkami na banger. Laska nie dość, że odrobiła lekcje z M.I.A. i Azealii Banks, to jeszcze ma głos jak miód. A ten rozpoczynający track motyw kojarzy mi się z dźwiękami ze starego Atari, które pojawiały się zwłaszcza wtedy, gdy nie udawało mi się przejść kolejnego levelu w jakiejś gierce. Aoyamie na etapie "Tokeyo" idzie na razie bardzo dobrze i myślę, że spokojnie powinna roztrzaskać kolejne rundki. -T.Skowyra
"Patty idzie na wojnę z show-biznesem", donosi TVN. Uuu, kłopoty, kłopoty show-biznesu, które prędko się po tym nie podniesie. Co to kurwa jest w ogóle? Trzy dźwięki, aranż ciosany chujem w drewnie i "ironia" rodem z zakładu specjalnego? Przykład tej postaci, całej otoczki wokół niej, to dowód na to, że polski pop nie wyklucza i nawet ludzie niespecjalnie sprawni intelektualnie mogą nabijać "miliony na Youtubie". No tak: śmiejemy się ze 100 razy sprawniejszej muzycznie Urbańskiej, że umywalka, haha, hihi, ale wciąż trzymamy się "gitarzystki", która gdyby mogła, to najchętniej pozorowałaby grę dupą. Czemu w ogóle piszę o tym szlamie? Widzicie, sprawa jest złożona, ale gdy widzę tę gównianą grę, którą uprawiają polskie media, to po prostu chce mi się rzygać. Shame on you, TVN. A samej pani Patty i całemu temu wesołemu zwierzyńcowi życzę rychłej współpracy z Wardęgą, który podobno myśli o "poważniejszych projektach". Razem wysadzicie tę branżę, mocno w to wierzę. -K.Bartosiak
Kimkolwiek jest ten zniewieściały wyrostek, niech się lepiej z dala trzyma od naszej Kitty, bo będzie miał ze mną do czynienia. -K.Michalak
Wydaje się, że przed Fabianą Palladino kariera stoi otworem. Zdobyła delikatny rozgłos, śpiewając w "Survive It" Ghostpoeta, wypuściła kilka szeroko docenionych demówek, propsy zbiera między innymi od Jessie Ware, a jej stary gra na basie w The Who. "For You" to dla niej oficjalny singlowy debiut i w moim odczuciu naprawdę niezły start. Sampha wymodził w podkładzie elegancką mieszankę zwiewności "Cloudbusting" (wybaczcie za oczywiste tropy, ale panna nawet kiedyś to scoverowała) i organiczności londyńskigo bitmejkingu, na której Fabiana płynie z neo-soulowym prądem spod znaku, powiedzmy, Alicji Keys. Kredyt zaufania jest jak najbardziej zasłużony. -W.Chełmecki
Wokół Syro wyrósł olbrzymi hajp (wystarczy wspomnieć tylko o przedpremierowych odsłuchach płyty, mających miejsce w wielu miastach świata), a całkiem możliwe, że wykopany sprzed lat longplej Caustic Window może przebić premierowy materiał mistrza. Ten teaser (a przy okazji opener płyty) nie zapowiada oczywiście kompletnego wyłożenia się Richarda D. Jamesa, ale zmieniającą się non stop siatka elektronicznych neuronów, która owszem robi wrażenie, wydaje się być tylko sugestywnym ćwiczeniem sprzętu. Mimo wszystko liczę na to, że najnowszy krążek nie będzie miał tylko zajebistego opakowania, ale i muzycznie da radę. W końcu pozostało jeszcze jedenaście indeksów, a to znaczy, że trzeba czekać dalej. -T.Skowyra
K. Dot zwinął wszystkie bity na Captaina Murphy’ego wykorzystując je, mając w pamięci ”Cosplay” na składankę Adult Swim, prawdopodobnie o niebo lepiej niż prawowity właściciel. Vibe na podśpiewywanym hooku rodem z intra ”The Art of Peer Pressure”, pianino przywołuje na myśl ”Keisha's Song”, a i Kendrick jakiś taki bardziej ”sectionowy” w tej nawijce. Dodatkowo cieszy fakt, że instrumentalna końcówka oddaje klimat bliższy cosmogrammowym odlotom, niż harmonijnej następczyni. Ode mnie plus na zachętę, bo ponoć to tylko preludium. -W.Tyczka
Na Neon Icon piękno teksańskiej wsi wymieszane jest z dziesiątkami flopów i żenujących pomysłów w sposób tak dokładny, że nie sposób odróżnić które jest które. Pełnoprawny debiut potomka samolotowej pilotki i poskramiacza niedźwiedzi polarnych, noszącego w kieszeni iPhone'a 7, wymyka się klasyfikacjom, więc spełnia swoją podstawową funkcję. Simco zna siedem słów i cztery rymy, którymi opisuje swojego fioła na punkcie wodnej fauny, a w skitach przekazuje nam słowa księżyca. Zaraz po uzależniającym HouseOfPainowym openerze umieszcza najnudniejsze trzy minuty w historii muzyki popularnej ("Kokayne"). Śpiewa na werandzie melancholijne piosenki o nadchodzącej śmierci ("Time"). Na końcu płyty wstawia żenująco chwytliwą dyskotekę, która przypomina nic i wszystko ("VIP Pass To My Heart"), a zaraz potem dorzuca remiks najbardziej rasowego kawałka prezentowanego przez białego człowieka od czasów co najmniej MC Sercha ("How To Be A Man"). Neon Icon to zupełnie przeciętny album, albo środkowy palec, który hip-hop przed chwilą sam włożył sobie w dupę. -F.Kekusz