Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Znany z Wilco Jeff Tweedy z pomocą swego syna Spencera próbuje zwojować branżę muzyczną. Znakomity teledysk, wyreżyserowany przez gwiazdę Parks and Recreation, Nicka Offermana, i naszpikowany cameo (w klipie pojawiają się m.in. Chance The Rapper, Steve Albini i Conan O'Brien), wyśmiewa politykę wielkich wytwórni płytowych i dostarcza dużo gorzkiej rozrywki, ale sama piosenka nie prezetuje się zbyt zachwycająco. "Low Key" to nic więcej, jak tylko kolejny nieinwazyjny kawałek w stylu alt-pop, pozbawiony jakichkolwiek znaków szczególnych. Obawiam się, że kokosów, znaczy się bananów, z tego nie bedzie. -K.Michalak
Podczas gdy Ariel męczył się z pom pom, Chaz wykańczał beaty do Les Sins, a Kevin Parker coverował Jacko, sympatyczny band z Londynu nagrywał w spokoju swój pierwszy materiał, który właśnie ujrzał światło dzienne jako skromna EP-ka. Grupa ta nie tylko podebrała od trzech wspomnianych postaci trochę songwriterskiego budulca, ale i skierowała swoją uwagę na piękny czas lat sześćdziesiątych, zwłaszcza na jego psychodeliczny blask. Swim Mountain emanuje wręcz aurą tego cudownego okresu, a chłopaki traktują zapewne Beatli i Beach Boysów jak bogów. Słychać to w zasadzie w każdym tracku, bo introdukcja w postaci psych-jazdy "Ticket" trzyma się schematu, chwytliwe "Yesterday" również brzmi jak numer sprzed pięćdziesięciu lat, a w "Ornelli" pobrzmiewają jacyś The Byrds. A gdybym nie wiedział, że to właśnie Swim Mountain odpowiadają ze te piosenki, to o "Dream It Real" powiedziałbym, że to Chaz Bundick coveruje jakiś wałek z Lonerism albo że Tame Impala popełnili kawałek, w którym zagościł wokal okularnika. Z kolei "Everyday" brzmi jak spotkanie Underneath The Pine i Mature Themes, a końcówka "Nothing Is Quite As It Seems", w zamierzeniu prawdopodobnie mająca odpowiadać closerom płyt Beach Boys, też nie jest wolna od tego sikstisowego kompleksu, pochodzącego wcale nie z USA, a z Londynu. Ale odłóżmy na bok geografię – mocno obiecująca mała płyta pozwala na wyczekiwanie czegoś naprawdę dużego w przyszłości. Myślę, że tych gości faktycznie na to stać, a jak będzie – zobaczymy. -T.Skowyra
Indeks dziewięć na Discovery to również mój ulubiony numer z bogatego repertuaru francuskiego duetu. Choć Spazz użył do tego covera swoich wszystkich pasteli i pewnie jeszcze kilka pożyczył od kolegi w ławce, to jednak nie udało mu się przebić wersji oryginalnej — w końcu w pewnych kręgach "Something About Us" to żelazny KLASYG. Tak czy inaczej, fajny tribute dla ulubionego kawałka. -T.Skowyra
Ach, Donatan! Ostatnio było o nim głośno w toku wymiany uprzejmości z pierwszą damą polskiego street-fightingu, Rafalalą, ale to nie ociekające błyskotliwością wypowiedzi wynoszą go na pozycję bohatera krajowej popkultury. To jego misja. "BRAĆ" nie bierze jeńców. Znów nasz wschodnioeuropejski Zulus Czaka wyrasta na ambasadora słowiańskiej krwi, heroicznie dźwigając na barkach ciężar etnicznej tożsamości swoich rodaków. Niemcy, Grecy, Francuzi: wszyscy są umoczeni, wszyscy klękają przed słowiańskim panem, gdy tylko przyjdzie zasiąść z nim do wódki – deal with it. W łączeniu rozrywki z edukacją jak zwykle pomaga Donatanowi przepięknie operująca manierą Tatiany Okupnik Cleo, a świetny featuring zalicza zespół Enej, wprowadzając obowiązkowy element biesiady i zwrotkę po ukraińsku, której nie trzeba tłumaczyć, bo instynktownie zrozumieją ją przecież wszyscy, którym nieobce są dogmaty panslawizmu. Ja pierdolę, świat oszalał. Poważnie: gdy widzę, jak przez 3 dni coś tak karygodnie złego (muzycznie, tekstowo, ideowo, whatever) zostaje wyświetlone niemal 3 miliony razy, zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby – jak Miles Monroe z allenowskiego Śpiocha – obudzić się za 200 lat. Na szczęście w sukurs przychodzi mi sam Donatan, radząc, by traktować to wszystko z uśmiechem. Dzięki, mistrzu! –W.Chełmecki
Samobójcy czy doskonale znający się na całym music marketingu "artyści"? Z jednej strony, wydając "Ciała Detale", Happysad przekreślają swoje szanse na dalszy romans z festiwalem w Jarocinie. Z drugiej, idealnie dopasowują brzmieniowo do ich dorastającego już targetu, który podpisane przez Grabaża egzemplarze płyt Pidżamy Porno schował tak, by nikt ich nie widział, a dziś przeżywa dziewicze bunty przy akompaniamencie The Dumplings oraz xxanaxx. Żenująca zmiana wizerunku przypominająca reanimację martwego już pacjenta. Nachalność tandetnego elektronicznego popu w polskiej muzyce jest nieznośna, stanowi istny rak dla sceny. Na domiar złego przypominam, iż nowotwór późno wykryty jest zasadniczo nieuleczalny i postępujący, toteż najgorsze przed nami. –W.Tyczka
Podobno premiera debiutanckiego albumu Ślązaków odbyła się dziś, ale zanim zajmiemy się analizą Hurricane Days, pochylmy się na chwilę nad ich najnowszym singlem. Kanciaste, podszyte fajnym, funkującym groovem "Fill This Up" może stać się dla niektórych bardziej wyluzowaną wersją The Rapture, jednak przesiąknięty wrażliwością Friendly Fires i Panda People refren to dla mnie coś więcej niż krótkotrwałe zabicie wczesnojesiennego dołu. Póki co to pudło moich ulubionych tracków FWF, ale hola, hola, kolego! Przecież nie sprawdziłeś jeszcze ich debiutu. -J.Marczuk
Co my tu mamy? Piosenka aktorska w wykonaniu Karoliny "Hera-Koka-Hasz-LSD" Czarneckiej, rymowany tekst o "słoikach", "nowe brzmienia"? Czyżby ostateczna mieszanka pretensji, płytkiej publicystyki i jeszcze raz pretensji? Otóż wcale nie - w jakiś magiczny sposób to wszystko działa i gdy quasi-ludowe zaśpiewy stykają się z orkiestralno-futurystycznym d'n'b, odnoszę wrażenie, że Czarnecka opowiada nam całkiem ciekawą historię, nasyconą dramaturgią i odpowiednia dozą dobrotliwego poczucia humoru. Na zapowiedzianym albumie piosenkarki raczej nie powinniśmy się spodziewać nowej Ewy Demarczyk, która w kilku piosenkach wyartykułuje wszelkie neurozy swojego pokolenia, ale "Stolica" chyba wystarczy, by przeprosić się z Czarnecką po irytującym coverze The Tiger Lillies i przychylniej patrzyć na jej dalsze poczynania. -K.Michalak
Oczywistym jest, że stylistyczne wolty z wydawnictwa na wydawnictwo nie są sensem tworzenia, jednak nie sądzę, by znalazła się więcej niż garstka tych, którzy obraziliby się na Stotta, gdyby ten po dwóch latach po raz kolejny sieknął szlagier pokroju Luxury Problems. Wiem to ja, wiedział i sam Andy, a mimo to, w ramach "Violence", postanowił zrezygnować z ponuro klaustrofobicznych, dubowych czwórek na rzecz przestrzennego soundu, nieregularnie przełamywanego przez gwałtowny, masywny beat. Dodatkowo, Brytyjczyk znów sięgnął po wokalne usługi swojej byłej nauczycielki gry na pianinie, potwierdzając tym samym, że proces humanizacji muzyki maszyn przebiega sprawnie i bez zarzutu. Od pozytywnej czy negatywnej oceny się wstrzymam, bowiem pragnę tylko zasygnalizować, iż premiera Faith In Strangers lada moment, bo już w listopadzie. –W.Tyczka
Wygląda na to, że Teengirl Fantasy chwilowo nie szykują wolty brzmieniowej pokroju tej, która towarzyszyła przejściu z 7AM do Tracer. I słusznie, biorąc pod uwagę, jak świetnym albumem okazał się ten drugi. Zapowiadające nową EP-kę "Lung” jest zatem logiczną kontynuacją, i wyciągnięciem wniosków z faktu, iż najlepsze momenty Tracer wiązały się z wykorzystaniem gościnnych wokali. Zamiast Keleli dostajemy bardziej wyrazistą Lafawndah i eteryczny, liniowo rozwijający się podkład. Słuchając jednym uchem pomyślałem najpierw, że nudnawe, ale wręcz przeciwnie. -M.Sonnenberg
Okupujący pierwsze miejsce Billboardu singiel to nawet niezły kawałek, choć sztos z niego żaden. Bo zamiast rosnąć, z każdym odsłuchem mam go coraz bardziej dosyć. Niestety, ale ta niezbyt udana próbka nie zrobi z Meghan drugiej Diany Ross, a co najwyżej drugą Adele. W kwestii tekstu – leży daleko od ironicznych i sarkastycznych ataków Lily Allen, więc nie ma się co przejmować. Ale nawet będąc świadomym wszystkich tych wad, nie mogę powiedzieć, że "All About That Bass" to porażka na całej linii – jako muzyka tła nawet daje radę. -T.Skowyra