Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Zapytany o duet raperów z Polski, którego akcje w ostatnich miesiącach wzrosły najbardziej, bez chwili zawahania odpowiedziałbym: Belmondo i Bałagane. Ogólnie dziwna akcja jest z tymi typami – w jednej chwili bez żadnego problemu potrafią zaserwować megastylowe i przede wszystkim stuprocentowo autentyczne historie rodem z najmroczniejszych zakątków ulic Warszawy, by w następnej zburzyć całość wrażeń jakąś buracką linijką czy chujowym, napisanym w kilka sekund na kolanie rymem. Wierzę, że to wszystko jest jeszcze do doszlifowania, bo przecież najważniejsze z elementów, czyli: warsztat producencki, uliczno-niuskulowe delivery i wyrazistość są tu na zajebiście wysokim poziomie, a to jest wręcz fundamentalne dla poruszania się po tej konwencji. –R.Marek
Muszę przyznać, że ta historia miłosna, która narratorowi pasuje, choć jej za chuja nie czai, podoba mi się dużo bardziej niż nawijki z ostatniego albumu Żyta. Bezpośredni jak zawsze, raper błyszczy tu zmysłem obserwacji, prezentując swe osobiste podejście do ogranego ostatnio tematu słoików, relacji międzyludzkich i sensu życia. A klubowy podkład Sonar Soula? Klei się wybornie, nadając kawałkowi dynamiki i niewymuszonego luzu. Super! -K.Michalak
Piosenki Czesława zazwyczaj przenoszą mnie do piekła, ale ten numer to tylko krótka wizyta w czyśccu. Siedzę, czekam, nic się nie dzieje. Brzmi trochę jak późne Modest Mouse. Na plus zaliczam wokalną i aranżacyjną powściągliwość. Program Trzeci zadba, żebyście to usłyszeli. -Ł.Konatowicz
Skasowanie klanowego projektu ASAP Mob nie musi być przykrą wiadomością, o ile Rocky będzie kontynuował szlachetną linię partii, znaną z "Trillmatic”, "Xscape” czy "Hella Hoes”. Raper bardzo słusznie i bezkompromisowo rozgrywa swoje karty, a przecież mógł iść w Skrillexową, hiciarską stronę, co na dłuższą metę mogłoby okazać się nużące. Zamiast tego singiel promujący drugie LP prezentuje ciężkie, duszne oblicze, którego na debiucie i poprzedzającym go mixtapie praktycznie nie uświadczymy. Smaczki w postaci wystękanego follow-upu do "Stay Fly” (ukłon w kierunku gościnnie gadającego Juicy’ego) i nagłego wejścia bitu z innego kawałka (może nie jest to poziom przejścia między "Życiem Warszawy” a "Zjedz Skręta feat. Żary”, ale niemal równie wysoki) dają nadzieję na surowy, osadzony w tradycji, brudny harlemski rap. Można słuchać i doznawać na zmianę z "Dipshits” Cam’rona. -Ł.Łachecki
Xyloid tworzy muzak XXI wieku, inspirowany seapunkiem, footworkiem i ostatnią falą 8-bitu. Wykazuje przy tym duchowe pokrewieństwo z niedawno opisywanym w tej rubryce Lorenzo Sennim - jego kompozycje to intelektualne, a przy tym niesamowicie plastyczne, drobiazgowe rozkminy, w których dźwięki i struktury muzyczne osadzone są w niedookreślonej, cyfrowej przestrzeni. Nieco odrealniony, a przecież jakże naturalny ambient Internetu, który jest efektem tych eksperymentów, zachwyca swą muzykalnością - tak było już na zeszłorocznej, lekko jazzującej EP-ce Voyage, a The Crystal Sessions to krok jeszcze dalej, a przy tym w bok - powiedzmy, w stronę kosmicznych poszukiwań Göttschinga. Czyżby kolejny genialny przybysz z przyszłości? -K.Michalak
Maxo uderza po raz kolejny (po obłędnie poszatkowanej digi-papce "Snow Other" i bezczelnie pysznym miodowym sorbecie "Honeybell") i znowu rozstawia po kątach wszystkich tych, którym wydaje się, że ich "śmiałe eksperymenty z elektroniką" są coś warte. Jak dobrze wiecie, sporo takich znajdziemy ostatnio w kraju nad Wisłą, ale to temat na inną rozmowę. Nowy numer z gościnnym śpiewem Dziewczyny Roku, to kolejny nieokiełznany przekładaniec, mieniący się tęczowymi barwami niczym grzbiet pstrąga. Czyli jak zwykle przybijamy pionę. A przyszłość zapowiada się jeszcze lepiej, bo koleżanka Kitty ogłosiła niedawno, że Maxo będzie brał udział przy produkcji jej oficjalnego, dwupłytowego (!!) debiutu. Czekam z niecierpliwością na to kolabo, Wy chyba też powinniście. -T.Skowyra
Dziś już tylko albo dekonstruujemy, albo wracamy. Albo też wracamy i dekonstruujemy, jak w przypadku Superimpositions. Mediolańczyk Lorenzo Senni na swoim najnowszym krążku, dziesiątej pozycji w katalogu Boomkat Editions, raz jeszcze pochyla się nad zagadnieniem pointylistycznego trance’u. Studium to stanowi kontynuację dźwiękowych rozważań podjętych przy okazji Quantum Jelly. Włoch przy pomocy syntezatora Roland JP-8000, rezygnując z jakichkolwiek innych, inwazyjnych dźwięków, tworzy stuprocentowy hardware-interference-muzak oparty na surowości i magii repetycji. Rozkładając na czynniki pierwsze upatrzony przez siebie, rave’owy gatunek, odkrywa jego zupełnie inne, bardziej progresywne oblicze pozbawione charakterystycznej klubowej ornamentyki wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Tego rodzaju nowatorskie podejście zdecydowanie zasługuje na pochwałę. -W.Tyczka
Tydzień temu żegnaliśmy lato, a jego ostatnie dni spędziłem pod kuratelą J Tropic i ich dwóch wiszących na SoundCloudzie numerów, z których zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu właśnie "Love Up". Gdyby panowie z Bondax dostali miejscówkę na playliście Devotion, to efekt mógłby brzmieć właśnie tak. Niby nic specjalnego, ale jednak zażera tak, że nie mogę się powstrzymać od wrzucenia na ripit. -W.Chełmecki
Ktoś tu chyba postanowił zafundować Lorde przyśpieszony kurs dorastania i warto byłoby znaleźć na to odpowiedni paragraf. Z pomocą (taa) Paula Epwortha rzeczywiście zaczyna brzmieć jak imitacja Lany czy Adele, więc warto zdać sobie pytanie o sens całego przedsięwzięcia. Dziewczyno, masz 17 lat, już pal licho, że próbujesz wyglądać na 30, ale jak jeszcze zaczynasz tak śpiewać, to nóż się w kieszeni otwiera. Niestety Nowozelandka zaczyna wpadać w kategorię tak zgrabnie zdefiniowaną przez Lenę Dunham na starcie Girls: "I think that I may be the voice of my generation - or at least a voice of a generation". Zdecydowanie bardziej wolałem, gdy kreowała się na rzeczniczkę kolejnego pokolenia gimbazy. Tam wciąż jest jeszcze wiele do opowiedzenia! -K.Bartosiak
Ledwo cztery dni minęły od wzmianki Witolda Tyczki o nowym Happysad, w której autor wyraził – delikatnie to ujmując – zaniepokojenie kondycją krajowej sceny muzycznej, a już pojawił się kolejny wykwit tej ohydnej mody na niedorozwiniętą elektronikę. Do pochodu dołączyli bracia Waglewscy, a efekt ich "ciągłego poszukiwania i stosowania nowych, ciekawych rozwiązań i alternatyw" jest tak ewidentną chujozą, że doprawdy trudno mi sobie wyobrazić, że spodoba się komuś, kto przesłuchał w życiu więcej niż trzy piosenki. Wszystko tu jest niewyobrażalnie słabe, a za przykład niech posłuży okropny, pozbawiony jakichkolwiek skrawków tożsamości i kreatywności refren, którego odbitki usłyszymy jeszcze z pierdyliard razy, bo jest dosyć reprezentatywny dla nowego "nurtu". Taneczna elektronika, tia…"Wodzirejka, głupia pizda". -W.Chełmecki